Nie wiem, czy lubicie serię o Bridget Jones, ale ja bardzo. Ostatnią, czwartą część oglądałam niedawno – w święta. Już wtedy pomyślałam, że chciałabym napisać o niej post, ale chyba nie miałam jeszcze odwagi podzielić się z Wami tymi przemyśleniami.
W czwartej części Bridget wraca do pracy.
Tak – po czasie poświęconym dzieciom i domowi.
Jak się czuje przed powrotem do pracy?
Brakuje jej energii.
Nie ogarnia domu.
Nie ma siły ubrać się w coś innego niż piżama.
Wszystko wydaje się ją przerastać.
Znajomi zachęcają ją, żeby kogoś sobie znalazła…
A jej ginekolog (Emma Thompson, swoją drogą – wspaniała postać) wręcz nakazuje jej wrócić do pracy, twierdząc, że wtedy nawet libido wróci do życia.
Bridget wraca więc do pracy.
Zatrudnia nianię – choć ma ogromne wątpliwości, czy to dobry pomysł. Szybko jednak okazuje się, że niania radzi sobie ze wszystkim dużo lepiej, niż Bridget się spodziewała.
W pracy Bridget świetnie się odnajduje, nadal jest świetną dziennikarką, nadal ma w sobie tę iskierkę, która tylko potrzebowała małego ognia żeby znów zacząć świecić!
Dzieci są również zadowolone, zadbane i szczęśliwe!
I nagle… Bridget znowu chce się żyć.
Dla mnie w tej historii najważniejsze jest to, że Bridget w końcu pomyślała o sobie.
I paradoksalnie właśnie to zaczęło porządkować resztę jej życia.
Wiadomo że to film i że happy ending i love is everywhere, ale dla mnie to była bardzo inspirująca historia z nutą uśmiechu i mam nadzieje że dla Was też!
Walczmy o siebie i stawiajmy na siebie, tego nam życzę!